|
SZYBKI WYBÓR:
|
||||
|
|
||||
|
Wywiad z Emancypunx w Zadrze
Zadra: Anarchofeminizm jest specyficznym nurtem w obrębie feminizmu. Jak przybliżyłybyście Wasze idee osobom, które nigdy się z takim zjawiskiem nie spotkały?
Jenny: Anarchofeminizm jest ideą, która narodziła się na początku XX wieku. Ruch anarchistyczny jako pierwszy postawił pod znakiem zapytania patriarchalną rodzinę oraz instytucję małżeństwa. Anarchiści opowiadający się za wolnymi związkami mieli jednak często bardzo tradycyjne poglądy na temat kobiet, a kwestie związane z realnym wsparciem walki o prawa kobiet - tak jak w innych ruchach politycznych - były odkładane na plan dalszy. Priorytetem zawsze była walka o prawa męskich robotników czy chłopów. Ruch anarchistyczny atakując tradycyjną rodzinę nie proponował kobietom w zamian żadnego realnego, praktycznego oparcia - co nie przysłużyło się popularności anarchizmu wśród kobiet. Zmieniły to anarchofeministki. Główną ideą anarchofeminizmu jest stworzenie ruchu, który w praktyce i w teorii łączyłby w jedną całość wszystkie formy walki o emancypację - w tym ruch obrony przyrody oraz ruch wyzwolenia zwierząt. Gdybym była feministką z wyższych sfer z grubym portfelem - nie do pomyślenia byłoby dla mnie wynajęcie sprzątaczki, która wykonywałaby nie lubiane przez ze mnie czynności za nędze wynagrodzenie. Feminizm - zdaniem anarchofeministek - powinien uwzględniać również walkę z rasizmem, nierównością klasową, homofobią, antysemityzmem, nacjonalizmem i innymi przejawami szowinizmu. Anarchofeminizm występuje przeciwko wszelkim hierarchiom, władzy, autorytaryzmowi oraz postuluje całkowitą wolność dla każdego w sferze decydowania o sobie, swoim ciele i swoim życiu, dopóki swoim zachowaniem nie narusza wolności drugiej osoby. W relacjach międzyludzkich stawia na współpracę zamiast rywalizacji. A skoro nie uznajemy władzy, to nie ma dla nas większego znaczenia, czy jest ona sprawowana przez mężczyznę czy kobietę.
Zadra: Jak odczuwacie swoje miejsce: miedzy feminizmem z jednej strony, który ma swoje organizacje i struktury a anarchizmem, który wydaje się być zaprzeczeniem wszelkich struktur?
Klaudia: Na szczęście te struktury w obrębie feminizmu nie są tak skostniałe, żeby uniemożliwiały jakikolwiek kontakt! Zresztą grupy kobiece, z którymi miałam lub mam przyjemność współpracować poza działalnością w Emancypunx (np. Konsola, Siostry Frankenstein, Porozumienie Kobiet, Kobiety na Wolności) są mało sformalizowane (albo wcale) i nigdy nie musiałam się dostosowywać do jakichś odgórnych zarządzeń, które byłyby dla mnie nie do przyjęcia; wszystko dawało się wynegocjować. Jeśli chodzi o polski anarchizm, to wcale nie byłabym pewna, czy rzeczywiście jest pozbawiony wszelkich struktur. Jest przecież Federacja Anarchistyczna, która ma swoich „papieży” (tak, tak!), zjazdy, oficjalne stanowiska itd. Należałam kiedyś do FA, ale wystąpiłam z niej, bo nie mogłam się zgodzić z pewną decyzją podjętą przez moich kolegów, a raczej nie widziałam możliwości zmiany ich stanowiska. Coś takiego nie mogłoby się zdarzyć w tych grupach kobiecych, z którymi współpracuję - nie ma w nich mowy o stawianiu ludzi przed wyborem: albo się dostosujesz, albo się wynoś.
Zadra: Jak dogadujecie się ze swoimi kolegami - anarchistami, którzy najczęściej są przeciwni feministkom oraz ich działalności?
Klaudia: Nawet w FA zdarzają się sympatycy feminizmu. Rzeczywiście, z niektórymi z naszych znajomych anarchistów nie sposób się dogadać, rzeczywiście, czasem dochodzi do konfliktów - ale mamy też mnóstwo kolegów (zarówno wśród anarchistów zrzeszonych, jak i niezrzeszonych), z którymi bardzo się lubimy. Jesteśmy jednak na tyle prężną grupą, że doskonale sobie radzimy same, bez pomocy kolesi z FA. Nie musimy się na nich oglądać. Jenny: Trudno zaprzeczyć niechęci autorytetow polskiego anarchizmu wobec feminizmu. Jeszcze do niedawna feministki były usilnie zwalczane, najbardziej zagorzale na początku, kiedy zaczęłyśmy się organizować w ramach anarchopunkowych i antyfaszystowkich ruchów. Takie zjawisko ma (albo raczej miało) kilka przyczyn. Polski ruch wolnościowy (tak jak inne wschodnioeuropejskie) rzeczywiście bardzo różni się od ruchów zachodnioeuropejskich czy południowo- i północnoamerykańskich. U nas wywodzi się on przede wszystkim z opozycji antykomunistycznej, a nie - jak zachodnioeuropejskie ruchy - z opozycji antyfaszystowskiej. Za tym też idzie większa akceptacja idei prawicowych.. Warto przy tym dodać, że np. największe w Polsce ugrupowanie anarchistyczne do niedawna było organizacją tworzoną prawie wyłącznie przez mężczyzn. Sytuacja ta nie była przypadkowa. Sprzeciw wobec feminizmu osób określających się jako anarchiści stanowi jakieś błędne koło. Tak naprawdę spór o prawa kobiet został już dawno w anarchizmie rozstrzygnięty. Miało to miejsce w pierwszych trzydziestu latach XX wieku - czyli bardzo dawno temu. Walkę o rzeczywiste, nie tylko teoretyczne uwzględnianie praw połowy populacji ludzkiej stoczyły (i wygrały) znane teoretyczki anarchizmu takie jak Emma Goldmann czy hiszpańskie organizacje kobiece Mujeres Libres, które zrzeszały dziesiątki tysięcy członkiń. Myślę, że ten spór w polskim anarchizmie już się kończy, również dzięki zacieśnieniu kontaktów z ruchem anarchistycznym na świecie i coraz większemu udziałowi w międzynarodowych inicjatywach. Polska przestaje być oderwaną od świata wysepką, co oznacza zetknięcie się z nowymi prądami myślowymi i zrzucenie starej skostniałej skorupy.
Zadra: W jaki sposób działacie na polskiej scenie niezależnej (zwłaszcza muzycznej), która jest jednak chyba dość seksistowska i zdominowana przez mężczyzn?
Katiusza: Razem z Martą, koleżanką z kapeli (gramy w cztery osoby: dwie dziewczyny, dwóch chłopaków, nazywamy się Silikon Fest) wiele razy spotykamy się z bardzo miłymi reakcjami, wcale nie seksistowskimi. Można powiedzieć, że w środowisku punkowym zapanowała też moda na kapele z żeńskimi wokalistkami - tak często jest reklamowany jakiś koncert, albo wydawane są składanki z grupami, gdzie śpiewają dziewczyny. Interpretuję to sobie na dwa sposoby: z jednej strony jest to pozytywne "promowanie" muzycznej twórczości dziewczyn, z drugiej - w punk rocku może być podobnie jak na scenie komercyjnej: dziewczyny najczęściej tańczą, śpiewają, słowem - są ozdobą. Rzadko biorą instrumenty do ręki. Śmiesznym wątkiem towarzyszącym grającym punkówom są organizowane w niezależnych zinach konkursy na miss punk rocka. Kandydatki to zwykle wokalistki kilku znanych kapel. Trochę smutne jest, że jedyne dziewczyny zauważane na scenie to wokalistki, a poza tym widać, że nasi punkowi redaktorzy - tak bardzo chcący się wyróżniać i być przeciw schematom - mentalnie tacy sami, jak cała "szara masa". Pietruszka: Przez pewien czas współtworzyłam zespół składający się z jednej kobiety i pięciu mężczyzn. Było sympatycznie, ale krótko. Dlaczego? Dlatego, że szybko zorientowałam się, jaka jest moja rola. Miała polegać na śpiewaniu refrenów. Nie odpowiadała mi taka forma muzykowania, więc z koleżanką założyłam zespół stricte dziewczęcy, w którym grałam na perkusji. Na polskiej scenie niezależnej mało jest zespołów wyłącznie żeńskich, coraz więcej kobiet gra na instrumentach, nie pełniąc roli wyłącznie reprezentacyjnej i uważam ten fakt za istotny. Jenny: Nie zgodziłabym się do końca ze stwierdzeniem, że "scena niezależna w Polsce jest dosyć seksistowska". Uważam, że w porównaniu z ogółem społeczeństwa polskiego jest tego seksizmu znacznie mniej. Punk stoi w opozycji do społeczeństwa i jego sztywnych, często krzywdzących norm kulturowych. Jednak wszyscy wywodzimy się ze społeczeństwa, mamy więc I uwewnętrznione jego wady, dlatego walka o poprawę świata powinno się zawsze zaczynać od siebie. Feminizm stał się na polskiej scenie punkowej akceptowany - co jednak kosztowało wiele wysiłku. Przełom dokonywał się w połowie lat 90. Teraz dziewczynom jest o wiele łatwiej angażować się w współtworzenie ruchu (oczywiście sytuacja może różnić się w poszczególnych miastach). Moim zdaniem bardzo na plus wychodzi środowisko warszawskie. Warszawa zawsze charakteryzowała się dużym udziałem dziewczęcych załóg punkowych - szacuję, że jest to 50%. A zdarzało mi się już być nas koncertach zdominowanych przez młode punkówy szalejące w tańcu pogo pod sceną - nie ma więc mowy o podpieraniu ścian czy funkcjach ozdobnych. Podobny procent wymieniłabym, jeżeli chodzi o aktywność muzyczną kobiet w środowisku warszawskim. Mamy wiele wokalistek, dziewczyny prowadzą wytwórnie muzyczne, organizują koncerty, festiwale, demonstracje.
Zadra: Duża część waszej działalności to happeningi, performance, działania parateatralne, współpracujecie z Centrum Sztuki Współczesnej. Skąd to zainteresowanie? Czy sztuka, waszym zdaniem, może być polityczna?
Derwisz: Od początku istnienia Emancypunx (a wcześniej grupy Kobiety Przeciwko Dyskryminacji i Przemocy) uliczne demonstracje były bardzo ważne w naszej działalności. Nie potrafimy skandować postulatów z kamienną twarzą, chcemy dotrzeć do rożnych osób. Oprawa artystyczna jest kolejną formą wyrazu i ekspresji. Jest uniwersalna i przystępna. Często korzystamy ze znanych kodów kulturowych, przerabiamy je, wyśmiewamy i zdobywamy dla siebie. W akcji informującej o zagrożeniach w związku z zaburzeniami łaknienia (anoreksja, bulimia) zorganizowałyśmy uliczny pokaz mody, gdzie z wychudzonymi modelkami skonfrontowane były dziewczyny dumne ze swojego ciała, pełne sil witalnych i przebrane w śmieszne stroje. Nie wystarczy powiedzieć "anoreksja jest niebezpieczna", rozdać kilka ulotek i pokrzyczeć. Przechodnie są zmęczeni wszelkimi reklamami, napływem komunikatów, jazgotem ulicy. Chętnie przystają na chodniku, kiedy coś zaczyna się dziać, kiedy słyszą muzykę, widzą intrygujące osoby. Forma nie może być zbyt wyszukana. To trochę taki teatrzyk szkolny: przedstawiamy tekst, jaki zawiera ulotka czy plakat. Z drugiej strony ważne dla nas, jako twórczyń, jest to, aby nasza sztuka była na odpowiednim poziomie. Kolejnym elementem jest zaskoczenie: nasze akcje, choć często poprzedzane plakatami czy informacją w mediach, są najczęściej niespodzianką dla postronnych, przypadkowych widzów. Dla nas również, ponieważ nigdy nie robimy prób, zawsze w czasie przygotowań panuje twórczy chaos i same nie wiemy, jaka będzie ostateczna forma. Ostatnio, m.in. dzięki współpracy z oficjalnymi ośrodkami kultury, szerzej rozwijamy skrzydła swojej wyobraźni i tworzymy happeningi czy performance... Konformistyczna, hierarchiczna sztuka z klasycznym podziałem widz - artysta nas nie interesuje. Uważamy, że odbiór przedstawienia tylko wtedy będzie pełny, jeżeli odbiorca będzie współtwórcą zdarzenia. Dlatego można powiedzieć, że czerpiemy z teatru awangardowego, ulicznego, również karnawałów i świąt. Śmiech i radość to ważny składnik naszej działalności, litery na naszych sztandarach są nieregularne i powyginane. Nie chcemy kojarzyć się z pompatycznymi rewolucjonistami, chociaż to, co mamy do powiedzenia jest często bardzo poważne (przemoc seksualna, dyskryminacja). Znudzenie działalnością? Nam to nie grozi! Bo jak tu się nudzić, kiedy biega się po ulicy z kwiatkiem w zębach i krzyczy o równych prawach kobiet i mężczyzn? Czy sztuka może być polityczna? Ależ sztuka jest polityczna! Wszystko, co robimy, jest polityczne.
Zadra: Które z dotychczasowych działań uważacie za swój największy sukces?
Aga: To, że jesteśmy razem, kumplujemy się, ciągle poznając siebie i swoje możliwości, spieramy się, dyskutujemy, droczymy, pobudzamy do działania, wychwalamy swoje "siostrzeństwo" pod niebiosa. Istotne jest właśnie to, że działamy. Jakiejkolwiek ta działalność nie przybrałaby formy. Jest to suma naszych doświadczeń, odczuć, umiejętności. W ciągu kilku lat doprowadziłyśmy do tego, że nasza aktywność jest zauważana (doceniana bądź krytykowana) przez coraz szerszy krąg osób. Ma sens, ponieważ rodzi jakieś reakcje. Sukcesem dla mnie jest to, że - według opinii, które słyszymy - robimy dobrze, że jesteśmy oparciem... Wracam być może do starej historii, ale w momencie, gdy na marszu przeciw gwałtom, kilka lat temu, podeszła do mnie dziewczyna i powiedziała „dziękuję”, przeszedł mi po plecach dreszcz i nie liczyły się wówczas żadne negatywne opinie na temat tego, co robimy. To, że współpracujemy ze sobą, na różnych płaszczyznach - owocuje. Robimy przecież wiele rzeczy - akcje uliczne, koncerty, spotkania, działamy na płaszczyźnie wydawniczej - a w tę działalność mniej lub bardziej zaangażowana jest każda z nas. Jeśli mam zwrócić uwagę na jakieś szczególne sukcesy, to wśród nich zdecydowanie prym wiedzie marsz "Odzyskać Noc". Dlaczego? Bo po raz pierwszy miało miejsce w Polsce tego typu wydarzenie. Odbyła się konferencja prasowa poruszająca kwestie gwałtów i przemocy seksualnej. Większość z nas była młodsza niż teraz, ale tak samo gniewna, a mimo wszystko miałyśmy pomysły i siłę, by pociągnąć takie w sumie niemałe przedsięwzięcie. Wymienię jeszcze nasze happeningi, szczególnie te z przełomu wieków - pokaz mody, akcja w kawiarni Baumgart/Libera przy Centrum Sztuki Współczesnej, marsz na 10 grudnia... Jest to według mnie - nowa jakość Emancypunx.
wywiad ukazał się w zadrze nr. 2 (7) 2001
|
||||
|
|
||||